piątek, 30 maja 2014

Clown and Bard never sleeps.

W Clown and Bard życie toczy się inaczej niż w innych, normalnych domach. Tutaj nie ma ciszy nocnej. Wczoraj pisałam do pierwszej w nocy, a gdy skończyłam, zauważyłam, że Al. kupiła mopa - leżał w kącie w kuchni. Bez wahania złapałam za mopa i poszłam wycierać u siebie podłogę. O pierwszej rano! Do podłogi oczywiście trzeba było zrobić generalny porządek, więc zabrałam się za porządkowanie ciuchów, oddzielanie brudów od czystych rzeczy, wycieranie kurzy z półek i szafek... W tle było słychać kolejny koncert przy recepcji - wczoraj gościli u nas Catherina Feeny and Chris Johnedis.

Często słyszę współlokatorów jak wracają zawiani o piątej nad ranem. Czasem robimy imprezy z samego rana - kiedy nikt nie ma nic zaplanowane na dany dzień. Zazwyczaj spotykamy się w kuchni. Oni wracają z recepcji, ja robię sobie śniadanie. I dochodzimy do wniosku, że fajnie by było coś chlapnąć. Tu i teraz - o - dajmy na to - ósmej nad ranem. Otwieramy wtedy Beherovkę i melinujemy się w jednym z pokoi w naszym mieszkanku.

Kiedyś nie umiałam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok, ale niestety nie potrafiłam spać. Postanowiłam zejść na dół napić się piwa, bo wszem i wobec wiadomo, że piwo pomaga zasnąć. Zeszłam zatem o piątej rano na recepcję. Za barem był wtedy D., a przy barze sączył drinki jakiś rusek. Zamówiłam piwo (jakoś nikt się nie dziwił, że zeszłam na piwo o piątej rano) i miałam small-talk z ruskiem i z D. Wróciłam do łóżka około siódmej, żeby w końcu zasnąć.

Czasami, jak jeszcze pracowałam na nocki i C. też i kończyliśmy obydwoje o 8.00, umawialiśmy się przed wejściem do Clown & Bard o 8.30, on przynosił nam śniadanie z Mc Donalds'a, ja stawiałam nam piwa. Tak spędzaliśmy ranek po stresującej nocy w pracy. Nikt też nigdy się nie dziwił dlaczego pijemy piwo przed dziewiątą rano. Tutaj nikt nie zadaje pytań ;) Żyjemy według reguły: No questions asked, no answers given. I wszystkim jest to na rękę. Nikt się o nic nie czepia, nikt nikomu nic nie wytyka. Wiedzieliśmy dobrze na co się piszemy, mieszkając w hostelu. Nie możemy mieć teraz do wszystkich pretensji o to, że mieszkamy w hostelu...

Życie tutaj toczy się naprawdę dziwnie. Nie mamy czasu i przestrzeni, nie liczymy dni, nie zważamy na godziny. Każdy żyje swoim życiem - i jeżeli ktoś postanowi sprzątać o czwartej nad ranem, jedyne, co pozostaje ci zrobić, to powiedzieć "no trudno".

To ma swój urok - te słodkie niewyspania od hałasu w nocy, te trochę mniej słodkie kace, kiedy wypiło się za dużo przy recepcji. Wiem, że będę wspominać to latami. Dobrze wiedzieć, że wokół są ludzie. Słychać to.

środa, 28 maja 2014

Koncerty.

Żeby iść na koncert musisz wyjść z domu? Musisz jechać kilometry? Musisz płacić za wstęp? - Nic bardziej mylnego! Jeżeli mieszkasz w Clown & Bard, koncerty czasem odbywają się przy recepcji. Wystarczy założyć kapcie, zejść to 1,5 piętra w dół i jesteś na koncercie. Ostatnio mieliśmy bardzo dużo koncertów w Clown & Bard. Oprócz Super Pilotki w tym miesiącu zagrały jeszcze dwa zespoły, których niestety nazwy teraz nie przytoczę. Zrobiłam jednak zdjęcia z wieczoru:



niedziela, 25 maja 2014

Ogródek.

Jest ciepło! Z tej okazji otwarty jest ogródek w Clown&Bard. Ogródek pozostawia wiele do życzenia, ale jakże cudownie jest tam usiąść z książką i szklanką piwa i po prostu cieszyć się dniem...



Kwiatki próbują ratować sytuację :)


Za to jest piękny widok.



Industrial.


poniedziałek, 19 maja 2014

Na ziemi niczyjej.

Ziemia niczyja. Czyli kuchnia. Ziemia niczyja, czyli wspólna. Spotykamy się w niej, gawędzimy, opowiadamy. Oddajemy sobie zagarnięte wcześniej przedmioty. Jest nas chwilowo czworo. Ja, Maki., Al., i Jer. Mieszkamy sobie rozsadzeni po trzech pokojach, nie wchodzimy sobie w drogę. Ale zawsze spotykamy się w kuchni. Przy okazji wspólnych posiłków. Wtedy plotkujemy, opowiadamy sobie o naszych dniach, wymieniamy poglądy. Czasem spotykamy się wszyscy razem i miewamy wspólne obiady.

Al. i Jer. uwielbiają gotować, więc zawsze zostawiają coś dla mnie i Maki. z kartką "możecie się poczęstować" - za każdym razem to robię i za każdym razem zdaję sobie sprawę, że robię błąd: Al. i Jer. uwielbiają ostre żarcie, ja po prostu nie znoszę. Z braku laku i wrodzonego lenistwa do gotowania częstuję się, po czym mam łzy w oczach, katar i duszności z tego ostrego lunchu...

But still - lubię naszą ziemię niczyją. Wspólna przestrzeń, gdzie zawsze możesz spotkać ludzi.

Kolejną ziemią niczyją jest kibel, ale to delikatny temat... :)

sobota, 17 maja 2014

Internet none.

Podstawowym problemem Clown&Bard jest problem z internetem. Zazwyczaj go po prostu nie ma. Zaprzyjaźniłam się już z tym znaczkiem:


Wkurzasz się, rzucasz przedmiotami, umierasz z ciekawości co u znajomych na Facebooku, a on ani drgnie!
To jest podstawowy temat przy barze: brak internetu.
- Hej, masz u siebie internet?
- Nie, a ty?
- Też nie, myślisz, że czemu zeszłam do baru?

Tak się faktycznie dzieje. Gdy nie ma internetu, ludzie masowo schodzą do baru się schlać. Z nudów. Bo nie ma Fejsbuczka...

Pamiętam jak kiedyś nie było internetu przez 5 dni! Nie było go nigdzie. Ani przy barze, ani w kącie, ani z kabla. Nic. System padł. Krach. Koniec świata. Tragedia. Kataklizm. - Nie wychodziliśmy z baru przez 5 dni a barman wciąż nalewał piwa. Dla siebie też.

Ale rozmawialiśmy. Bawiliśmy się, graliśmy w karty, kości i rysowaliśmy głupie rzeczy dla zabicia czasu.
I najlepsze jest to, że TO się potem najlepiej wspomina - godziny (dni) spędzone przy barze z innymi ludźmi, wymianę informacji, plotkowanie, śmianie się. A nie, że Facebook i on miał Spaghetti de la Funghi na obiad. Who cares? Clown&Bard oduczył mnie internetu. Pokazał inny świat. Ludzi. Nauczył rozmawiać.

Już nie ma tragedii. Są ludzie. Prawdziwi. Z krwi i kości. Z różnych stron świata. Taki tam sobie Facebook w realu. Codziennie. Namacalnie. Nie potrzebuję już internetu tak bardzo. Czasem jedynie zachodzę do J. po trochę internetu, żeby powysyłać CV, odpowiedzieć na maile, przeczytać wiadomości. I ukradkiem też zerknę, co na Facebooku...

niedziela, 4 maja 2014

Everything changes.

Że mieszkanie w hostelu ma swoje wady i zalety, to już wiemy. Jednak największą zaletą mieszkania w hostelu jest poznawanie nowych ludzi, którzy mogą ci pomóc. Ja sama też pomagam. Kupiłam ostatnio za duże buty w H&M - oddałam je Al., która praktycznie nie ma tutaj butów. Dzisiaj dostałam kontakt od Memo. do jego przyjaciela, który szuka recepcjonistki do jego hotelu - a tak się składa, że poszukuję pracy... Wszystko jakoś się układa, wszystko gra.

W hostelu wszystko się zmienia, rotacja ludzi, różnorodność przeżyć. M. został zwolniony, zatrudniona Al. na jego miejsce. J. nie przychodzi już do Clown&Bard - to miejsce trochę przycichło bez niego... Mieszkając w hostelu musisz przywyknąć do wielu rzeczy: do tego, że wszystko się zmienia; do tego, że ciepła woda pod prysznicem jest tylko legendą; do imprez w środku nocy; do tego, że Maki. hałasuje kiedy się upije i do tego, że czasem trzeba pozmywać po innych (jak już wspomniałam, mamy do dyspozycji bardzo mało zastawy, więc jeśli potrzebujesz patelni, musisz ją po kimś umyć...).

Wszystko się zmienia, jesteś w wirze zdarzeń, uczysz się każdego dnia jak przeżyć, poznajesz nowe okoliczności, nowych ludzi, nowe tradycje. Codziennie dowiadujesz się czegoś nowego. Musisz nadążać. Ale! Jak już napisałam - są ludzie, których już znasz i którzy są nieodłącznym elementem hostelu. Bądź pewien, że ci pomogą w potrzebie i że ty też możesz komuś pomóc. Rozmową, gestem... Dobrze jest mieć tych ludzi blisko.

Znalazłam tutaj przyjaciół, znalazłam miłość, znalazłam dom - trzeba więcej?