Podstawowym problemem Clown&Bard jest problem z internetem. Zazwyczaj go po prostu nie ma. Zaprzyjaźniłam się już z tym znaczkiem:
Wkurzasz się, rzucasz przedmiotami, umierasz z ciekawości co u znajomych na Facebooku, a on ani drgnie!
To jest podstawowy temat przy barze: brak internetu.
- Hej, masz u siebie internet?
- Nie, a ty?
- Też nie, myślisz, że czemu zeszłam do baru?
Tak się faktycznie dzieje. Gdy nie ma internetu, ludzie masowo schodzą do baru się schlać. Z nudów. Bo nie ma Fejsbuczka...
Pamiętam jak kiedyś nie było internetu przez 5 dni! Nie było go nigdzie. Ani przy barze, ani w kącie, ani z kabla. Nic. System padł. Krach. Koniec świata. Tragedia. Kataklizm. - Nie wychodziliśmy z baru przez 5 dni a barman wciąż nalewał piwa. Dla siebie też.
Ale rozmawialiśmy. Bawiliśmy się, graliśmy w karty, kości i rysowaliśmy głupie rzeczy dla zabicia czasu.
I najlepsze jest to, że TO się potem najlepiej wspomina - godziny (dni) spędzone przy barze z innymi ludźmi, wymianę informacji, plotkowanie, śmianie się. A nie, że Facebook i on miał Spaghetti de la Funghi na obiad. Who cares? Clown&Bard oduczył mnie internetu. Pokazał inny świat. Ludzi. Nauczył rozmawiać.
Już nie ma tragedii. Są ludzie. Prawdziwi. Z krwi i kości. Z różnych stron świata. Taki tam sobie Facebook w realu. Codziennie. Namacalnie. Nie potrzebuję już internetu tak bardzo. Czasem jedynie zachodzę do J. po trochę internetu, żeby powysyłać CV, odpowiedzieć na maile, przeczytać wiadomości. I ukradkiem też zerknę, co na Facebooku...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz