Niestety, mieszkanie w hostelu przypomina mieszkanie w akademiku lub w bloku, gdzie są bardzo hałaśliwi sąsiedzi. Dzisiaj nie spałam całą noc, bowiem na recepcji działo się PIEKŁO. Takiego hałasu jeszcze chyba w życiu nie słyszałam. Krzyki, ryki, głośna muzyka, trzaskające się szkło... Jestem ciekawa co na to wszystko T., mieszkająca w hostelu ze swoimi dziećmi, które dzisiaj zapewne miały szkołę.
Zatem dziś przypominam zombie. Pewnie nie tylko ja.
Uroki życia w hostelu raz jeszcze ;)
Wycinki z życia hostelowej rezydentki. Jak żyje się w hostelu? Jakie są zalety, a jakie wady? Co przeszkadza, a co zachwyca? Postaram się Wam przybliżyć realia życia w hostelu "na stałe".
piątek, 25 kwietnia 2014
Starzy znajomi.
Clown & Bard ma swoich stałych znajomych, którzy wpadają od czasu do czasu na pokład hostelu. Opowiadałam Wam o Leo Whiskey, który podróżuje po hostelach z zespołem - ostatnio odwiedził nas ten sam zespół, jednak bez Leo. Wspaniale jest zejść do baru, widzieć znajome twarze, spytać się o naszego wspólnego znajomego i czemu tym razem się nie pojawił. Leo postanowił zostać w Anglii na jakiś czas.
Oprócz "Super Pilotki", bo tak się zespół nazywa, mamy jeszcze A., byłą rezydentkę z Rosji, która już nie mieszka w hostelu, ale ostatnio postanowiła nas odwiedzić. Wspominałyśmy kręgle i Żubrówkę przy barze.
G. z Kanady też nas odwiedza - mieszkał tutaj jako rezydent, jednak też musiał się wyprowadzić. Tak naprawdę, to wszyscy rezydenci oprócz mnie i Maki. musieli opuścić hostel, co sprawia, że czuję się wybraną - ja mogę zostać. I dobrze. Dobrze mi tutaj.
J. poznałam też w hostelu przy barze. Był ustawicznym gościem, widzieliśmy się przynajmniej raz na tydzień. Pojawiał się przeważnie w weekendy. Odkąd się regularnie spotykamy, już nie przychodzi do Clown & Bardowej recepcji - nie wiem, czy ma to jakiś związek ze mną. Po prostu nie chce schodzić na dół. Nie widziano go już przy barze 2 miesiące.
Kolejną przyjaciółką hostelu jest Kat. z USA. Jest zaprzyjaźniona z hostelem już dość długo, zawsze raczy mnie jakimiś historiami z przeszłości tego miejsca.
Ostatnio na pokładzie przywitaliśmy Al. z Hiszpanii. M. z Brazylii został zwolniony, Al. przyjechała pracować w jego miejsce. T. znała Al. już wcześniej, dlatego zaoferowała jej pracę. Witaj Al.
To niesamowite jak to miejsce przyciąga ludzi, łączy ze sobą, pomaga zawierać przyjaźnie i mieć romanse. Ten hostel ma to do siebie, że wiesz, iż zawsze możesz tu wrócić i zawsze tu będzie twój dom. I zawsze cię przyjmą z otwartymi ramionami. Ja na pewno tutaj wrócę. Kiedyś.
Oprócz "Super Pilotki", bo tak się zespół nazywa, mamy jeszcze A., byłą rezydentkę z Rosji, która już nie mieszka w hostelu, ale ostatnio postanowiła nas odwiedzić. Wspominałyśmy kręgle i Żubrówkę przy barze.
G. z Kanady też nas odwiedza - mieszkał tutaj jako rezydent, jednak też musiał się wyprowadzić. Tak naprawdę, to wszyscy rezydenci oprócz mnie i Maki. musieli opuścić hostel, co sprawia, że czuję się wybraną - ja mogę zostać. I dobrze. Dobrze mi tutaj.
J. poznałam też w hostelu przy barze. Był ustawicznym gościem, widzieliśmy się przynajmniej raz na tydzień. Pojawiał się przeważnie w weekendy. Odkąd się regularnie spotykamy, już nie przychodzi do Clown & Bardowej recepcji - nie wiem, czy ma to jakiś związek ze mną. Po prostu nie chce schodzić na dół. Nie widziano go już przy barze 2 miesiące.
Kolejną przyjaciółką hostelu jest Kat. z USA. Jest zaprzyjaźniona z hostelem już dość długo, zawsze raczy mnie jakimiś historiami z przeszłości tego miejsca.
Ostatnio na pokładzie przywitaliśmy Al. z Hiszpanii. M. z Brazylii został zwolniony, Al. przyjechała pracować w jego miejsce. T. znała Al. już wcześniej, dlatego zaoferowała jej pracę. Witaj Al.
To niesamowite jak to miejsce przyciąga ludzi, łączy ze sobą, pomaga zawierać przyjaźnie i mieć romanse. Ten hostel ma to do siebie, że wiesz, iż zawsze możesz tu wrócić i zawsze tu będzie twój dom. I zawsze cię przyjmą z otwartymi ramionami. Ja na pewno tutaj wrócę. Kiedyś.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Zagospodarowanie przestrzeni własnej.
Najważniejsze jest dla mnie to, żebym czuła się w danym miejscu przytulnie. Jest to trochę trudne, zważywszy na to, że przybyłam tutaj z jedną walizką. Czasem jednak uda mi się coś kupić po taniości, zrobić coś z niczego, lub znaleźć koło śmietnika :D Dopiero się rozkręcam, ale już teraz możecie zobaczyć jak sobie zagospodarowałam przestrzeń nakładem niewielkiej pracy i odrobiny kreatywności.
Ostatnio kupiłam sobie blok rysunkowy i ołówek - postanowiłam upiększyć ściany moją "sztuką" ;)
Zawsze chciałam mieć lustro do ziemi, teraz mam lustro na ziemi haha! Lustro podróżuje ze mną aż z "Pink". Myślę o jakimś małym, niskim stoliku na kosmetyki, ale nie mam pojęcia z czego go zrobić - jeżeli macie jakieś sugestie, to piszcie śmiało :)
Szafa. W szafie ubrania. Ostatnia półka poświęcona jest wszystkim pierdołom w pokoju - włączając Nutellę ;)
W szafie znalazłam też to: naklejkę z Polskiego Busa. Miło. (To nie moje!)
Szaliki i apaszki się przydają. Tutaj szalik robi za obrus.
Lampa przywieziona z domu, świeczki od Kasi (na talerzyku trzymam również klucze), plastikowy kufel przytachany z koncertu Bonobo i Moderat dobrze się spisuje jako pojemnik na kadzidełka i długopisy.
Jak już mówiłam - szaliki rzeczą świętą. Ten szalik ma za zadanie przyciemnić pokój na noc. Maki. lubi zostawiać światło w przedpokoju, a światło wpada mi do pokoju przez szybę, co utrudnia mi spanie. Prowizoryczny pled sprawuje się całkiem nieźle. Aaaa! I ta epa, która jest "koszem" na śmieci ;)
Ostatnio współlokator J. się wyprowadził z powrotem do USA i zostawił wszystkie (!) swoje rzeczy. Na początku nie wierzyliśmy, że faktycznie się wyniósł, bowiem zostawił WSZYSTKO - wody po goleniu, drukarkę ze skanerem (!!!) oraz lampy, ale notka o treści "Wyjeżdżam, nie wracam, możecie sobie zabrać moje rzeczy, S." była dość jednoznaczna ;) Poszliśmy zatem do jego pokoju, jak banda hien cmentarnych i obrobiliśmy gościa z drukarki i tego obrazka powyżej. Zabrałam go sobie wierząc, że ozdobi mój pokój. Obrazek przykleiłam taśmą klejącą. Zdjęcie jest trochę rozmazane, ale generalnie przedstawia kobietę na Moście Karola. I rzeczywiście ozdabia pokój. Och, życie hieny cmentarnej! Życie w hostelu. Lubię to.
Jeżeli macie jeszcze jakieś pomysły jak mogłabym wykorzystać przestrzeń w moim pokoju, ulepszyć go i sprawić, by był bardziej przytulny, proszę Was o wskazówki.
Ostatnio kupiłam sobie blok rysunkowy i ołówek - postanowiłam upiększyć ściany moją "sztuką" ;)
Zawsze chciałam mieć lustro do ziemi, teraz mam lustro na ziemi haha! Lustro podróżuje ze mną aż z "Pink". Myślę o jakimś małym, niskim stoliku na kosmetyki, ale nie mam pojęcia z czego go zrobić - jeżeli macie jakieś sugestie, to piszcie śmiało :)
Szafa. W szafie ubrania. Ostatnia półka poświęcona jest wszystkim pierdołom w pokoju - włączając Nutellę ;)
W szafie znalazłam też to: naklejkę z Polskiego Busa. Miło. (To nie moje!)
Szaliki i apaszki się przydają. Tutaj szalik robi za obrus.
Lampa przywieziona z domu, świeczki od Kasi (na talerzyku trzymam również klucze), plastikowy kufel przytachany z koncertu Bonobo i Moderat dobrze się spisuje jako pojemnik na kadzidełka i długopisy.
Jak już mówiłam - szaliki rzeczą świętą. Ten szalik ma za zadanie przyciemnić pokój na noc. Maki. lubi zostawiać światło w przedpokoju, a światło wpada mi do pokoju przez szybę, co utrudnia mi spanie. Prowizoryczny pled sprawuje się całkiem nieźle. Aaaa! I ta epa, która jest "koszem" na śmieci ;)
Ostatnio współlokator J. się wyprowadził z powrotem do USA i zostawił wszystkie (!) swoje rzeczy. Na początku nie wierzyliśmy, że faktycznie się wyniósł, bowiem zostawił WSZYSTKO - wody po goleniu, drukarkę ze skanerem (!!!) oraz lampy, ale notka o treści "Wyjeżdżam, nie wracam, możecie sobie zabrać moje rzeczy, S." była dość jednoznaczna ;) Poszliśmy zatem do jego pokoju, jak banda hien cmentarnych i obrobiliśmy gościa z drukarki i tego obrazka powyżej. Zabrałam go sobie wierząc, że ozdobi mój pokój. Obrazek przykleiłam taśmą klejącą. Zdjęcie jest trochę rozmazane, ale generalnie przedstawia kobietę na Moście Karola. I rzeczywiście ozdabia pokój. Och, życie hieny cmentarnej! Życie w hostelu. Lubię to.
Jeżeli macie jeszcze jakieś pomysły jak mogłabym wykorzystać przestrzeń w moim pokoju, ulepszyć go i sprawić, by był bardziej przytulny, proszę Was o wskazówki.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Imprezy.
Żeby być szczerą, napiszę, że imprezy w Clown&Bard pamięta się średnio, a na dodatek one wszystkie zlewają się w całość. Trudno wyodrębnić jakieś szczególne imprezy. Zazwyczaj wygląda to tak, że schodzisz na dół, zamawiasz piwo, siadasz na stołku przy barze i nim się obejrzysz, świat ci wiruje, rozmawiasz ze wszystkimi o wszystkim, jesteś dobry w każdej dziedzinie, znasz się na grze w polo, znasz zasady gry w szachy, wiesz jak wymienić uszczelkę i nagle masz poglądy polityczne... Następnie, kiedy poziom krwi w alkoholu drastycznie maleje, a ty marzysz o tym, by położyć się spać, na przykład - o tutaj - pod barem, czołgasz się resztkami sił na czworakach do swojego pokoju, niekiedy asekurowany przez N. ;)
3 imprezy naprawdę zapadły mi w pamięć. Jedna to była taka spontaniczna impreza. Siedzieliśmy wszyscy przy barze, był może środek stycznia, nudziliśmy się. Na dworze było zimno i mokro. Nagle N. wpadł na pomysł, żeby urządzić sobie przy barze dyskotekę. Wyciągnęliśmy dyskotekową kulę, rozstawiliśmy po bokach stoły, by nie przeszkadzały na środku sali. Pamiętam, że wtedy miałam ochotę na szampana, ale był za drogi, więc zostałam przy piwie...
W pewnym momencie T. weszła do baru i krzyknęła:
- NARESZCIE! Zawsze chciałam mieć swoje disco party w hostelu! Dzięki wam! Z tej okazji, że mam swoje upragnione disco w hostelu, napijemy się wszyscy szampana. - I jak nie kochać tego miejsca? :) Tańczyliśmy do późnej nocy, z głośników lecieli Bee Gees, ABBA, Hot Chocolate, Boney M... To był dobry wieczór. Na dworze szalał śnieg, było okropnie zimno i paskudnie. My mieliśmy swój raj w piwnicy pewnej z kamienic. Nikt nic nie wiedział o najlepszym disco w mieście. Oprócz nas, oczywiście.
Kolejną imprezą - może nie w Clown&Bard, ale z ludźmi z hostelu, było wyjście na kręgle. Rodzinny wypad na drugą stronę ulicy do Bowling Baru. Był początek stycznia, ledwo znałam tych ludzi, a wyjście z nimi sprawiło mi naprawdę dużo radości. Mimo tego, że przegrałam. Tak, byłam ostatnia z wszystkich możliwych graczy. Mam zdjęcia z tego wypadu, ale szanując prywatność innych ludzi, nie chcę pokazywać ich twarzy bez ich zgody. Wrzucę zatem zdjęcia G. od tyłu ;)
Po kręglach, A., ówczesna rezydentka z Rosji obwieściła nam, że ma w pokoju wódkę z Ukrainy i że, jeśli chcemy, może się nią z nami podzielić przy barze. Oczywiście, że chcieliśmy. Piliśmy Żubrówkę przy barze do rana...
Trzecią imprezą, która zapadła mi w pamięć jest granie w Wii w sali głównej przy barze. Mieliśmy rzutnik i pady (te bez kabli, ruszasz ręką a twoja postać też rusza ręką, wiecie o co chodzi ;)) - impreza ta miała miejsce może z tydzień temu, ale bardzo dobrze się bawiłam, jako że nigdy nie miałam przyjemności grać na Playstation z tymi bezprzewodowymi padami. Wygrałam z Kat. w kręgle (tak, znów kręgle; tym razem wygrałam!). To był dobry wieczór. Wieczór dobrej zabawy, nowych doświadczeń. Graliśmy w kręgle i w tenisa, od czasu do czasu popijając Gambrinusa za 38 CZK. Kiedy była moja kolej gry, wszyscy mi kibicowali... W przerwach od gry, ucinałam sobie z ludźmi pogawędki. Miejsce otwarło się już na sezon, więc przybywało coraz więcej nowych twarzy przy barze, które też chciały sobie zagrać. Dobrze wspominam ten wieczór - może dlatego, że był inny od tych wszystkich, zlewających się w całość pijackich imprez. Moja kochana wielka rodzina. Moja kochana imprezowa rodzina. Mój kochany imprezowy dom.
PS. [update po kilku minutach od napisania notki] Może za bardzo pospieszyłam się z oceną - właśnie pod moimi drzwiami wejściowymi drze się banda facetów. Huk jest przeogromny. Czuję się jak na stadionie. Ech, uroki życia w hostelu... T. musiała interweniować.
3 imprezy naprawdę zapadły mi w pamięć. Jedna to była taka spontaniczna impreza. Siedzieliśmy wszyscy przy barze, był może środek stycznia, nudziliśmy się. Na dworze było zimno i mokro. Nagle N. wpadł na pomysł, żeby urządzić sobie przy barze dyskotekę. Wyciągnęliśmy dyskotekową kulę, rozstawiliśmy po bokach stoły, by nie przeszkadzały na środku sali. Pamiętam, że wtedy miałam ochotę na szampana, ale był za drogi, więc zostałam przy piwie...
W pewnym momencie T. weszła do baru i krzyknęła:
- NARESZCIE! Zawsze chciałam mieć swoje disco party w hostelu! Dzięki wam! Z tej okazji, że mam swoje upragnione disco w hostelu, napijemy się wszyscy szampana. - I jak nie kochać tego miejsca? :) Tańczyliśmy do późnej nocy, z głośników lecieli Bee Gees, ABBA, Hot Chocolate, Boney M... To był dobry wieczór. Na dworze szalał śnieg, było okropnie zimno i paskudnie. My mieliśmy swój raj w piwnicy pewnej z kamienic. Nikt nic nie wiedział o najlepszym disco w mieście. Oprócz nas, oczywiście.
Kolejną imprezą - może nie w Clown&Bard, ale z ludźmi z hostelu, było wyjście na kręgle. Rodzinny wypad na drugą stronę ulicy do Bowling Baru. Był początek stycznia, ledwo znałam tych ludzi, a wyjście z nimi sprawiło mi naprawdę dużo radości. Mimo tego, że przegrałam. Tak, byłam ostatnia z wszystkich możliwych graczy. Mam zdjęcia z tego wypadu, ale szanując prywatność innych ludzi, nie chcę pokazywać ich twarzy bez ich zgody. Wrzucę zatem zdjęcia G. od tyłu ;)
Po kręglach, A., ówczesna rezydentka z Rosji obwieściła nam, że ma w pokoju wódkę z Ukrainy i że, jeśli chcemy, może się nią z nami podzielić przy barze. Oczywiście, że chcieliśmy. Piliśmy Żubrówkę przy barze do rana...
Trzecią imprezą, która zapadła mi w pamięć jest granie w Wii w sali głównej przy barze. Mieliśmy rzutnik i pady (te bez kabli, ruszasz ręką a twoja postać też rusza ręką, wiecie o co chodzi ;)) - impreza ta miała miejsce może z tydzień temu, ale bardzo dobrze się bawiłam, jako że nigdy nie miałam przyjemności grać na Playstation z tymi bezprzewodowymi padami. Wygrałam z Kat. w kręgle (tak, znów kręgle; tym razem wygrałam!). To był dobry wieczór. Wieczór dobrej zabawy, nowych doświadczeń. Graliśmy w kręgle i w tenisa, od czasu do czasu popijając Gambrinusa za 38 CZK. Kiedy była moja kolej gry, wszyscy mi kibicowali... W przerwach od gry, ucinałam sobie z ludźmi pogawędki. Miejsce otwarło się już na sezon, więc przybywało coraz więcej nowych twarzy przy barze, które też chciały sobie zagrać. Dobrze wspominam ten wieczór - może dlatego, że był inny od tych wszystkich, zlewających się w całość pijackich imprez. Moja kochana wielka rodzina. Moja kochana imprezowa rodzina. Mój kochany imprezowy dom.
PS. [update po kilku minutach od napisania notki] Może za bardzo pospieszyłam się z oceną - właśnie pod moimi drzwiami wejściowymi drze się banda facetów. Huk jest przeogromny. Czuję się jak na stadionie. Ech, uroki życia w hostelu... T. musiała interweniować.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Samotny wieczór w Clown&Bard.
Kiedy znudziły ci się już imprezy w pobliżu recepcji, a ludzi masz ochotę lać po twarzy zamiast wypić sobie z nimi karniaczka, należy zrobić sobie samotny wieczór z dala od wszystkich. Dzisiaj właśnie ja mam taki nastrój, zrobiłam sobie romantyczny wieczór sam na sam.
Czemu wrzucam zdjęcie okna mówiąc o samotnym wieczorze? Już tłumaczę. Czasem zostawiam to okno otwarte na noc - za oknem jest wspólny korytarz do drzwi głównych - wejściowych. Niekiedy Maki. przychodzi się przywitać po imprezie. Zachodzi mi do okna, kiedy słyszy, że nie śpię - przeważnie słyszy muzykę. Przychodzi wtedy plotkować. Jako, że chcę mieć dzisiaj samotny wieczór, okno jest zamknięte.
Dyskoteka gra.
Może potem gdzieś wypełznę na miasto. Ale zdecydowanie nie idę na dół dzisiaj. Co za dużo to niezdrowo. Poza tym ostatnio to miejsce jest pełne ludzi, których nie znam, a nie bardzo ostatnio mam ochotę poznawać nowe twarze. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bowiem słuchanie historii ludzi z drugiego końca świata jest takie przejmujące i wiem, że nie zdarzy mi się to w takich ilościach, jak tutaj. Może jutro zejdę na dół, dzisiaj jednak trzymam się z dala od tego grajdołu :D
Czemu wrzucam zdjęcie okna mówiąc o samotnym wieczorze? Już tłumaczę. Czasem zostawiam to okno otwarte na noc - za oknem jest wspólny korytarz do drzwi głównych - wejściowych. Niekiedy Maki. przychodzi się przywitać po imprezie. Zachodzi mi do okna, kiedy słyszy, że nie śpię - przeważnie słyszy muzykę. Przychodzi wtedy plotkować. Jako, że chcę mieć dzisiaj samotny wieczór, okno jest zamknięte.
Dyskoteka gra.
Może potem gdzieś wypełznę na miasto. Ale zdecydowanie nie idę na dół dzisiaj. Co za dużo to niezdrowo. Poza tym ostatnio to miejsce jest pełne ludzi, których nie znam, a nie bardzo ostatnio mam ochotę poznawać nowe twarze. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bowiem słuchanie historii ludzi z drugiego końca świata jest takie przejmujące i wiem, że nie zdarzy mi się to w takich ilościach, jak tutaj. Może jutro zejdę na dół, dzisiaj jednak trzymam się z dala od tego grajdołu :D
Gotowanie.
Wróciłam z baru do pokoju z zamiarem zjedzenia zupy w proszku (tak, odżywiam się bardzo zdrowo ;)). Jako, że na nowym "mieszkaniu" z Maki. dzielimy jeden garnek, jedną patelnię, jedną łyżkę, po jednym widelcu i jeden wielgachny nóż do dźgania ludzi, a Maki. zajęła garnek - byłam zmuszona ugotować wodę w patelni. Oto woda gotująca się w patelni:
Poniżej patelnia i garnek, który zajęła Maki. Jakieś makarony sobie ugotowała :) Na tym zdjęciu generalnie znajduje się prawie cała zastawa, w posiadaniu której aktualnie się znajdujemy. Jest szał.
But still - I love being here!
Poniżej patelnia i garnek, który zajęła Maki. Jakieś makarony sobie ugotowała :) Na tym zdjęciu generalnie znajduje się prawie cała zastawa, w posiadaniu której aktualnie się znajdujemy. Jest szał.
But still - I love being here!
Everyday life.
Nie było mnie w hostelu 2 dni. Szlajałam się z J. Przed wyjściem z hostelu widziałam, że śmieci się wylewają z kubła. Chciałam je wynieść, ale w ferworze przygotowań do wyjścia, zapomniałam ich wziąć. Wracam dzisiaj - śmieci nadal nie wyniesione, ale worek zmieniony na większy :) Kocham tu być! Maki. mistrzem prostych rozwiązań :)
Żeby nie było tak pusto - wrzucam kilka random pics z hostelu:
Siedzę sobie w kąciku komputerowym. Tylko tutaj łapie mi Wi-Fi. Z głośników sączy się black metal. Dziś F. za barem. Klimaciara.
Żeby nie było tak pusto - wrzucam kilka random pics z hostelu:
Siedzę sobie w kąciku komputerowym. Tylko tutaj łapie mi Wi-Fi. Z głośników sączy się black metal. Dziś F. za barem. Klimaciara.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Znikające rzeczy w hostelu.
Zapalniczki giną mi notorycznie. Ja sama też mam kilka nieswoich zapalniczek. Jest trochę trudno zapanować nad rzeczami, kiedy ponosi cię melanż przy hostelowej recepcji. Sama znalazłam kiedyś zapalniczkę z Clown&Bard w mojej kieszeni...
Nie o zapalniczki jednak chodzi. W ostatnich dniach, kiedy jeszcze mieszkałam w "Silver", a goście zaczęli już się zjeżdżać (w tym Polacy), zaczęły mi notorycznie ginąć szampony, żele pod prysznic, szczoteczki i pasty do zębów! Co ci ludzie?! Nie biorą nic ze sobą w podróż, a potem zbierają żniwa po hostelach. Z Maki. zawsze wszystko jest proste: zostawiałyśmy kosmetyki w łazience i to są twoje rzeczy, to są moje rzeczy, nie ruszamy sobie nawzajem rzeczy. A tutaj nagle rozbój w biały dzień! Zostawiłam nadal kosmetyki w łazience ze względu na wygodę. Wierzyłam, że będą nienaruszone. Jednak życie sprawiło, że musiałam kupić 3 nowe szampony, 2 szczoteczki i jedną pastę. Teraz bardzo się cieszę, że znów dzielę piętro tylko z Maki. Rzeczy już mi nie giną...
Nie chcę nikogo oskarżać, być może sprzątaczka wyrzuciła te rzeczy myśląc, że należą do turystów, którzy się wyprowadzili z hostelu. Nie wiem. Jednak niesmak pozostaje - idę sobie z ręcznikiem przez korytarz, nastawiona na czyszczenie, a w łazience widzę jedynie płyn do higieny intymnej - i to jeszcze nie mój! No nic. Musiałam użyć płynu do higieny intymnej. Było za późno na wychodzenie do sklepu - wszystko już było zamknięte. Cóż, cała pachniałam jak czysta wagina :)
Taki jest urok dzielenia przestrzeni prywatnej z innymi ludźmi.
Nie o zapalniczki jednak chodzi. W ostatnich dniach, kiedy jeszcze mieszkałam w "Silver", a goście zaczęli już się zjeżdżać (w tym Polacy), zaczęły mi notorycznie ginąć szampony, żele pod prysznic, szczoteczki i pasty do zębów! Co ci ludzie?! Nie biorą nic ze sobą w podróż, a potem zbierają żniwa po hostelach. Z Maki. zawsze wszystko jest proste: zostawiałyśmy kosmetyki w łazience i to są twoje rzeczy, to są moje rzeczy, nie ruszamy sobie nawzajem rzeczy. A tutaj nagle rozbój w biały dzień! Zostawiłam nadal kosmetyki w łazience ze względu na wygodę. Wierzyłam, że będą nienaruszone. Jednak życie sprawiło, że musiałam kupić 3 nowe szampony, 2 szczoteczki i jedną pastę. Teraz bardzo się cieszę, że znów dzielę piętro tylko z Maki. Rzeczy już mi nie giną...
Nie chcę nikogo oskarżać, być może sprzątaczka wyrzuciła te rzeczy myśląc, że należą do turystów, którzy się wyprowadzili z hostelu. Nie wiem. Jednak niesmak pozostaje - idę sobie z ręcznikiem przez korytarz, nastawiona na czyszczenie, a w łazience widzę jedynie płyn do higieny intymnej - i to jeszcze nie mój! No nic. Musiałam użyć płynu do higieny intymnej. Było za późno na wychodzenie do sklepu - wszystko już było zamknięte. Cóż, cała pachniałam jak czysta wagina :)
Taki jest urok dzielenia przestrzeni prywatnej z innymi ludźmi.
piątek, 11 kwietnia 2014
Clown&Bard od środka.
Już na przywitanie pokazuje się nam - dość wstydliwie - logo hostelu.
Z drugiej strony wygląda to zupełnie inaczej
Schodzimy po schodach do hostelu. Oczom ukazuje się stół z piłkarzykami i pełno luster. Tak, w Clown&Bard zawsze możesz się upewnić, na każdym kroku, że wciąż wyglądasz jak gówno.
Space przy recepcji. To tutaj dzieją się najstraszliwsze, najgorsze i najokropniejsze rzeczy. Tutaj ludzie upijają się w sztok, zaczynają śpiewać na całe gardło, tańczą na blacie... + lustro. Tak dla pewności.
Tablica informacyjna. Kiedyś po "Ask at the bar, we are here to help" było dopisane "but don't" :)
Przestrzeń dla nerdów. Czyli komputerowy raj. 2 stacjonarne komputery i pod wieczór masa laptopów przyklejonych do hipsterskich nóżek.
Sala główna. Tu się tańczy, gra na Playstation, je śniadania, konsumuje zamówione pizze i generalnie przesiaduje się.
Bar itself.
Od baru idzie się w górę po schodach. Zajmuje mi dwa piętra, żeby się dostać do mojej jamy.
Klatka schodowa wygląda mniej/więcej tak:
Wyjście z recepcji:
Jeżeli jesteś rezydentem, nie musisz wchodzić przez recepcję/bar. Na całe szczęście! Kiedy ekipa cię już poznaje na recepcji, usilnie starają się ciebie upić. Był taki tydzień kiedy pozmieniali zamki do głównych drzwi i MUSIAŁAM wchodzić do hostelu przez recepcję 24/7 - to był koszmar! Nigdy nie wchodziłam do pokoju trzeźwa. Oto główne drzwi - tak bardzo przeze mnie uwielbiane! (Recepcja jest dobra na weekendy, jednak jeżeli chcesz zachować trzeźwość umysłu w ciągu tygodnia, wchodzenie przez recepcję nie jest wskazane)
PS. Piszę tego posta z nerdowskiego miejsca koło recepcji - wraz z Włochami, którzy właśnie się zarejestrowali. Jeden z nich gra marsz pogrzebowy na pianinie. Jest fajnie. Cudowne wolne popołudnie w hostelu... Aaaha, i kupiłam aparat fotograficzny. Nie wiem czy widzicie różnicę...?
A teraz bonus w postaci zdjęcia autorki na włościach. Łypie z okna:
Z drugiej strony wygląda to zupełnie inaczej
Schodzimy po schodach do hostelu. Oczom ukazuje się stół z piłkarzykami i pełno luster. Tak, w Clown&Bard zawsze możesz się upewnić, na każdym kroku, że wciąż wyglądasz jak gówno.
Space przy recepcji. To tutaj dzieją się najstraszliwsze, najgorsze i najokropniejsze rzeczy. Tutaj ludzie upijają się w sztok, zaczynają śpiewać na całe gardło, tańczą na blacie... + lustro. Tak dla pewności.
Tablica informacyjna. Kiedyś po "Ask at the bar, we are here to help" było dopisane "but don't" :)
Przestrzeń dla nerdów. Czyli komputerowy raj. 2 stacjonarne komputery i pod wieczór masa laptopów przyklejonych do hipsterskich nóżek.
Sala główna. Tu się tańczy, gra na Playstation, je śniadania, konsumuje zamówione pizze i generalnie przesiaduje się.
Bar itself.
Od baru idzie się w górę po schodach. Zajmuje mi dwa piętra, żeby się dostać do mojej jamy.
Klatka schodowa wygląda mniej/więcej tak:
Wyjście z recepcji:
Jeżeli jesteś rezydentem, nie musisz wchodzić przez recepcję/bar. Na całe szczęście! Kiedy ekipa cię już poznaje na recepcji, usilnie starają się ciebie upić. Był taki tydzień kiedy pozmieniali zamki do głównych drzwi i MUSIAŁAM wchodzić do hostelu przez recepcję 24/7 - to był koszmar! Nigdy nie wchodziłam do pokoju trzeźwa. Oto główne drzwi - tak bardzo przeze mnie uwielbiane! (Recepcja jest dobra na weekendy, jednak jeżeli chcesz zachować trzeźwość umysłu w ciągu tygodnia, wchodzenie przez recepcję nie jest wskazane)
PS. Piszę tego posta z nerdowskiego miejsca koło recepcji - wraz z Włochami, którzy właśnie się zarejestrowali. Jeden z nich gra marsz pogrzebowy na pianinie. Jest fajnie. Cudowne wolne popołudnie w hostelu... Aaaha, i kupiłam aparat fotograficzny. Nie wiem czy widzicie różnicę...?
A teraz bonus w postaci zdjęcia autorki na włościach. Łypie z okna:
czwartek, 10 kwietnia 2014
Dealing with the laundry.
Kiedy pytasz o pranie: -Owszem, mamy - pranie, suszenie - co tylko chcesz! - "Wspaniale!" - pomyślałam. Umknął mi jeden malutki szczegół: trzeba zapłacić za tą przyjemność 200 CZK, czyli w przeliczeniu na nasze 25/30 zł. Nie byłoby problemu gdybym nie miała 20 szmat na krzyż. Muszę robić pranie mniej więcej raz na tydzień. Poza tym pranie w hostelach robi się częściej - wszystko przesiąka różnego rodzaju dymem (papierosowym, dymem z zielska, ogólnym smrodem imprezowym...). Hm. Bartek mieszka nieopodal, więc może u niego? Tak. Pierwsze pranie było u Bartka. Wyprałam, rozwiesiłam u niego, przeczekałam dwie doby żeby dobrze wyschło i wróciłam po pranie. Odkąd poznałam J., sprawa się trochę komplikuje. Nadano mi przydomek "Laundry slut", bowiem wykorzystuję facetów, żeby zrobili mi pranie :) Jednak ostatnio bardzo chcę robić pranie u J., bo przy okazji go też widuję :) J. mieszka ulicę od hostelu, ale mieszka ze współlokatorami i nie bardzo pozwala mi rozwieszać swoje czyste brudy u niego. Pranie? Oczywiście! Ale z czystymi ciężkimi mokrymi szmatami już musisz radzić sobie sama. Właśnie wróciłam z jednej takiej praniowej przechadzki. Boli mnie każdy mięsień od dźwigania kilogramów mokrych szmat. Poniżej widać efekty radzenia sobie z mokrym praniem (nie, nie mam suszarki):
Okno rządzi. Jest obwieszone szmatami jak stragany na odpuście. Tak oto rezydent hostelowy radzi sobie z praniem. Dzięki Panie za przyjaciół. Inaczej poszłabym z torbami (pełnymi brudnych szmat) nie wiadomo dokąd...
Okno rządzi. Jest obwieszone szmatami jak stragany na odpuście. Tak oto rezydent hostelowy radzi sobie z praniem. Dzięki Panie za przyjaciół. Inaczej poszłabym z torbami (pełnymi brudnych szmat) nie wiadomo dokąd...
Uffff!
Już po przeprowadzce. Jeszcze jutro N. przyjdzie skończyć malować mi pokój (zażyczyłam sobie na biało-czerwono, biały jest nudny!). Możecie zobaczyć pierwsze próby zadomowienia się:
Tak, tak - tam w lustrze to niestety ja.
Zadania na dziś:
- Wykąpać się w tej ogromnej wannie,
- iść do J. zrobić pranie,
- kupić kosz na śmieci i małe lusterko.
Jednocześnie chciałam przeprosić za jakość zdjęć. Życie zmusiło mnie do tego, że mam tylko telefon. Aparat zostawiłam na poprzednim miejscu zamieszkania. Rozmawiałam już z F. - chce sprzedać swój aparat za 600 CZK, więc myślę, że jakoś się dogadamy :)
PS. Maki. też przeprowadziła się na to samo piętro - pozostajemy sąsiadkami. Powiedziała mi, że nadal będzie piec ciasta. Mamy tutaj piekarnik. Jest uroczo.
Tak, tak - tam w lustrze to niestety ja.
Zadania na dziś:
- Wykąpać się w tej ogromnej wannie,
- iść do J. zrobić pranie,
- kupić kosz na śmieci i małe lusterko.
Jednocześnie chciałam przeprosić za jakość zdjęć. Życie zmusiło mnie do tego, że mam tylko telefon. Aparat zostawiłam na poprzednim miejscu zamieszkania. Rozmawiałam już z F. - chce sprzedać swój aparat za 600 CZK, więc myślę, że jakoś się dogadamy :)
PS. Maki. też przeprowadziła się na to samo piętro - pozostajemy sąsiadkami. Powiedziała mi, że nadal będzie piec ciasta. Mamy tutaj piekarnik. Jest uroczo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













