środa, 9 kwietnia 2014

Co to jest Clown&Bard?

Zacznijmy może od tego, co to jest w ogóle Clown&Bard i dlaczego w tym się żyje. Clown&Bard to hostel usytuowany w czeskiej Pradze nieopodal starówki. Zaledwie 10 minut tramwajem do centrum miasta, 5 minut tramwajem do Dworca Głównego, 7 minut piechotą do najbliższej stacji metra, 3 minuty do pięknego parku z widokiem na Hradčany. Wspaniale położony, na najbardziej rozrywkowej ulicy Pragi (pełno barów, restauracji, knajp i innych, równie cudownych rozrywek).

Hostel sam w sobie jest magiczny. Recepcja jest zarówno barem, więc już podczas check-in'u możesz się nieźle narżnąć. Urzędowym językiem w hostelu jest język angielski, bowiem mamy tutaj niezłą mieszankę cudzoziemców - zarówno w hostelowej ekipie, jak i turystów. Przy recepcji (barze) zawsze znajduje się kilka osób. Po kilku dniach zaczynasz rozpoznawać twarze, kojarzyć imiona, zapamiętywać fakty z ich życia. Jest tutaj stała ekipa, która pomoże ci w potrzebie:
- już przy wejściu możesz naciąć się na T. - menadżerkę całego tego cyrku. Pochodzi z Serbii. T. jest kobietą opanowaną, tolerancyjną, zabawną i jest dla nas wszystkich jak dobra ciocia. Jest jedną z najbardziej czułych i empatycznych osób jakie znam. Martwi się o wszystkich i stara się każdemu dogodzić - co nie jest rzeczą łatwą.
- nieodłącznym elementem baru, przyklejonym do niego jakby, jest N. - brytyjski Pan złota rączka, pomocny, przyjazny, rozmowny. Spotkacie go przeważnie przy barze lub błąkającego się po hostelu z młotkiem w ręku. Czasami pracuje na recepcji. Mieszka i pracuje w hostelu. Rzadko kiedy z niego wychodzi. Lubi Davida Bowie.
- znakiem firmowym hostelu jest G., długoletni przyjaciel T. z Ameryki. Nie mam pojęcia jak się poznali, ale spotkali się bardzo dawno temu i wciąż się przyjaźnią. G. pracuje dla T. na recepcji. Uwielbia śpiewać. Nazywam go śpiewającym barmanem.
- kolejnym Panem na recepcji jest D. - czarnoskóry przecudowny mężczyzna z Ghany, który uwielbia żartować, a jego zainteresowaniem są komputery. Jeżeli masz problem ze swoim lapkiem i nie bardzo wiesz, co z nim począć, zawsze możesz zejść na dół na recepcję podczas kiedy D. ma zmianę i poprosić o nowe oprogramowanie, sterowniki, odtwarzacz...
- następnym barmanem na recepcji jest M. - chłopak z Brazylii, nieco naburmuszony, zawsze narzekający na pracę, mówiący, że dziewczyna czeka w domu, podczas kiedy on musi tutaj siedzieć. Dałabym wszystko, żeby być na jego miejscu, więc niech lepiej się zamknie i wykonuje swoją pracę, bo nie wie jakie w sumie ma szczęście. Na dodatek ma przyzwolenie na jaranie zielska w pracy, więc w ogóle ma już raj. A ten narzeka. Nie wiem o nim wiele, nie rozmawiamy sporo.

Oprócz hostelowej rodziny i mnie, są także inni rezydenci. Najpierw poznałam Maki. - dziewczynę z Japonii, która utrzymywała się z robienia ciast dla pobliskiej knajpki. Jest moją sąsiadką, więc często budził mnie zapach świeżo upieczonego ciasta. Czułam się wtedy jak w domu. Maki. dostała pracę na recepcji tydzień temu, więc już nie piecze ciast. Brakuje mi tego.
- kolejną dziewczyną, którą znam z hostelu jest F. z Danii. Supersympatyczna blondynka o kręconych włosach. Zaprzyjaźniłyśmy się cudownie i spotykamy się często przy barze opowiadając sobie najróżniejsze rzeczy i chichocząc przy tym frywolnie.
- jeśli mam wymienić ludzi z hostelu, którzy są w czołówce, nie sposób nie wspomnieć o C. - brytyjczyku, który ma bardzo cięte, brytyjskie poczucie humoru. Kiedy jeszcze miałam nocne zmiany, a on też miał w swojej pracy - przesiadywaliśmy całą noc na Facebooku grając w głupie gry. Czas szybciej mijał. 

Ludzie w hostelu się zmieniają, rotacja jest ogromna. Ludzie przychodzą i odchodzą. Niektórych się zapamiętuje na całe życie, niektórych nie pamięta się wcale. Mamy ludzi zaprzyjaźnionych z hostelem, którzy wpadają się przywitać od czasu do czasu. Jednym z nich jest J. z Kanady - o J. będzie osobny post, jako że z J. związana jest cała moja hostelowa historia. Pamiętam też I. z Ameryki, K. z Egiptu i na tym moja wiedza się kończy. Reszta jest jak przez mgłę - gościli za krótko, by mój umysł mógł ich zarejestrować.

Pamiętam jednego gościa - Leo Whiskey. Brodaty pan z Polski. Gościł około tygodnia. Podróżuje ze swoim zespołem i koncertuje po hostelach. Ucieszyłam się niezmiernie, że mogę porozmawiać z kimś w moim ojczystym języku. Zaprzyjaźniliśmy się. On proponuje mi trasę koncertową po europejskich hostelach. Sprawa jest do przemyślenia. Ja i Leo:



Zapoznałam was mniej/więcej z hostelową ekipą. Czas rozpocząć moją historię życia tutaj. Postaram się, żeby to nie był dziennik on-line, a całokształt tego, jak się żyje w hostelowej rodzinie, mój obraz całego tego cyrku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz