Czasem życie stawia nas pod ścianą. Przyjechałam do Pragi pełna nadziei. Przyjechałam tutaj dla kogoś. Z nadzieją, że będę dzielić z kimś życie, że będzie łatwiej we dwoje, że znajdę tutaj pracę, będę zarabiać swoje malutkie pieniążki i że będę szczęśliwa. Pracę znalazłam. Jednak czasem life is a bitch i musiałam (chciałam przede wszystkim!) się wynieść z luksusowego mieszkania. Chciałam jednak zatrzymać pracę. Lubiłam ją i daje niezłe pieniądze. Zmuszona byłam odejść ale jednocześnie zostać w Pradze. Trzeba było rozejrzeć się za pokojem. Jako wieczny Piotruś Pan bojący się zobowiązań, nie chciałam się wiązać umowami na rok lub więcej. W internecie znalazłam ogłoszenie, że za 1000zł miesięcznie mogę zamieszkać w hostelu na jakiś czas. Lokalizacja: žižkov. Na žižkovie mieszka mój dobry kumpel z Polski. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce, a spotkaliśmy się w Pradze. Na ogłoszenie odpowiedziałam od razu. Chciałam zobaczyć pokój. Na następny dzień przyjechałyśmy z Kaśką obejrzeć dobytek. Wchodzę na recepcję. Od razu uderzył mnie zapach trawy i wszechobecny papierosowy dym. "Co za speluna" - pomyślałam na początku. Na recepcji, poprzez kłęby dymu, spytałam o T. T. pokazała nam dwa pokoje "Pink" i "Purple". Wielkie, sześcioosobowe pokoje. Spytałam T. o internet, o depozyt, o życie w hostelu. Nie ma depozytu, jest internet, czasem słaby. Żyje się cudownie. Powiedziałam, że muszę to przemyśleć. Pożegnałyśmy się. "Nie wrócę tu nigdy więcej" - powtarzałam Kasi.
- Zwariowałaś?! To jest cudowna okazja! Żadnych zobowiązań! Płacisz 1000 złotych i masz spokój! Dziwię ci się, że jeszcze się zastanawiasz! Będzie fajnie, zobaczysz! Chociaż spróbuj, zawsze możesz szukać czegoś innego... - przekonywała Kasia.
- W sumie masz rację. Wezmę "Pink".
Wprowadziłam się do hostelu w moje urodziny. Nieświadoma, że sprawiam sobie najlepszy w życiu prezent.
Rzuciłam walizkę w kąt. I się rozpłakałam. Miałam przeogromne poczucie porażki. Pokój mi się nie podobał. Był obskurny i pusty. Ludzie dzwonili z życzeniami, a ja siedziałam sama pośrodku wielkiego hostelowego pokoju, ledwo powstrzymując się od łkania... W pokojach nie było można palić, zeszłam więc na dół, do recepcji, żeby zapalić. Poznałam N. - zauważył mój tatuaż. Rozmowa jakoś się potoczyła.
W "Pink" urzędowałam jakiś tydzień. Nie lubiłam tego pokoju. Tak jak już wspomniałam - był za wielki na mnie, obskurny, ze ścianami pomalowanymi na pomarańczowo-niebiesko (!!). Miałam za to piękny widok z okna.
Na tym samym piętrze mieszkał Abraham. Miał się przeprowadzać. Powiedziałam T., że chciałabym jego pokój. Jest malutki, różowiutki i przytulny. T. zgodziła się. Do "Silver" wprowadziłam się sobotą rano, po tygodniu przebywania w hostelu. Urządziłam go przytulnie, zrobiłam z niego moje małe królestwo. Wtedy tak naprawdę zaczęło się moje życie w hostelu. Miałam swój kąt. Czułam się jak w domu. Często schodziłam na recepcję rozmawiać z N. o tatuażach. Zrobi mi projekt na plecy. Cieszę się.
Tak się złożyło, że Kaśka niedługo po mojej przeprowadzce do hostelu wyjechała do Budapesztu, zostawiła mi kilka drobiazgów, żeby umilić mi mój pobyt w hostelowej dżungli. Stąd lampa z Ikei na zdjęciu i świeczki. Kochana Kasia.
Życie tutaj okazało się najlepszym życiem jakie mogłam wieść. Jest pełne przygód, niespodzianek, zabawy, rozmów z ludźmi z całego świata. Ale to też już jest historia na inny post.
Żyje się cudownie.
Tak, jestem Clownandbarianem.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz