czwartek, 17 kwietnia 2014

Imprezy.

Żeby być szczerą, napiszę, że imprezy w Clown&Bard pamięta się średnio, a na dodatek one wszystkie zlewają się w całość. Trudno wyodrębnić jakieś szczególne imprezy. Zazwyczaj wygląda to tak, że schodzisz na dół, zamawiasz piwo, siadasz na stołku przy barze i nim się obejrzysz, świat ci wiruje, rozmawiasz ze wszystkimi o wszystkim, jesteś dobry w każdej dziedzinie, znasz się na grze w polo, znasz zasady gry w szachy, wiesz jak wymienić uszczelkę i nagle masz poglądy polityczne... Następnie, kiedy poziom krwi w alkoholu drastycznie maleje, a ty marzysz o tym, by położyć się spać, na przykład - o tutaj - pod barem, czołgasz się resztkami sił na czworakach do swojego pokoju, niekiedy asekurowany przez N. ;)

3 imprezy naprawdę zapadły mi w pamięć. Jedna to była taka spontaniczna impreza. Siedzieliśmy wszyscy przy barze, był może środek stycznia, nudziliśmy się. Na dworze było zimno i mokro. Nagle N. wpadł na pomysł, żeby urządzić sobie przy barze dyskotekę. Wyciągnęliśmy dyskotekową kulę, rozstawiliśmy po bokach stoły, by nie przeszkadzały na środku sali. Pamiętam, że wtedy miałam ochotę na szampana, ale był za drogi, więc zostałam przy piwie...
W pewnym momencie T. weszła do baru i krzyknęła:
- NARESZCIE! Zawsze chciałam mieć swoje disco party w hostelu! Dzięki wam! Z tej okazji, że mam swoje upragnione disco w hostelu, napijemy się wszyscy szampana. - I jak nie kochać tego miejsca? :) Tańczyliśmy do późnej nocy, z głośników lecieli Bee Gees, ABBA, Hot Chocolate, Boney M... To był dobry wieczór. Na dworze szalał śnieg, było okropnie zimno i paskudnie. My mieliśmy swój raj w piwnicy pewnej z kamienic. Nikt nic nie wiedział o najlepszym disco w mieście. Oprócz nas, oczywiście.

Kolejną imprezą - może nie w Clown&Bard, ale z ludźmi z hostelu, było wyjście na kręgle. Rodzinny wypad na drugą stronę ulicy do Bowling Baru. Był początek stycznia, ledwo znałam tych ludzi, a wyjście z nimi sprawiło mi naprawdę dużo radości. Mimo tego, że przegrałam. Tak, byłam ostatnia z wszystkich możliwych graczy. Mam zdjęcia z tego wypadu, ale szanując prywatność innych ludzi, nie chcę pokazywać ich twarzy bez ich zgody. Wrzucę zatem zdjęcia G. od tyłu ;)



Po kręglach, A., ówczesna rezydentka z Rosji obwieściła nam, że ma w pokoju wódkę z Ukrainy i że, jeśli chcemy, może się nią z nami podzielić przy barze. Oczywiście, że chcieliśmy. Piliśmy Żubrówkę przy barze do rana...

Trzecią imprezą, która zapadła mi w pamięć jest granie w Wii w sali głównej przy barze. Mieliśmy rzutnik i pady  (te bez kabli, ruszasz ręką a twoja postać też rusza ręką, wiecie o co chodzi ;)) - impreza ta miała miejsce może z tydzień temu, ale bardzo dobrze się bawiłam, jako że nigdy nie miałam przyjemności grać na Playstation z tymi bezprzewodowymi padami. Wygrałam z Kat. w kręgle (tak, znów kręgle; tym razem wygrałam!). To był dobry wieczór. Wieczór dobrej zabawy, nowych doświadczeń. Graliśmy w kręgle i w tenisa, od czasu do czasu popijając Gambrinusa za 38 CZK. Kiedy była moja kolej gry, wszyscy mi kibicowali... W przerwach od gry, ucinałam sobie z ludźmi pogawędki. Miejsce otwarło się już na sezon, więc przybywało coraz więcej nowych twarzy przy barze, które też chciały sobie zagrać. Dobrze wspominam ten wieczór - może dlatego, że był inny od tych wszystkich, zlewających się w całość pijackich imprez. Moja kochana wielka rodzina. Moja kochana imprezowa rodzina. Mój kochany imprezowy dom.

PS. [update po kilku minutach od napisania notki] Może za bardzo pospieszyłam się z oceną - właśnie pod moimi drzwiami wejściowymi drze się banda facetów. Huk jest przeogromny. Czuję się jak na stadionie. Ech, uroki życia w hostelu... T. musiała interweniować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz