poniedziałek, 22 września 2014

Leaving party.

Mimo, że wyprowadziłam się już dość dawno, moi kochani przyjaciele z hostelu postanowili mi urządzić leaving party. Trochę takie spóźnione. Weszłam do mojego poprzedniego mieszkania i oto, co znalazłam na ziemi :)







Tacy słodcy!

niedziela, 7 września 2014

Goodbye lovers, goodbye friends.

Stało się. Wyprowadziłam się z hostelu.
Niestety, hałas był zbyt wielki, by tam wytrzymać bez popadania w migrenę. Ostatnio G. powiedział mi, że za mną tęskni. Nie widzi nigdzie mojego uśmiechu i jakoś tak mu smutniej...

Na pamiątkę wstawiam zdjęcie nas wszystkich (oprócz właśnie G., który miał wtedy zmianę za barem):


Nie mówię, że nie wrócę do hostelu. Zimą to miejsce jest niesamowite. Kiedy ten hostel nie ma gości, jest naprawdę cudowny. Możliwe, że jeszcze nasze drogi się skrzyżują pod tym kątem - zresztą nie należy nigdy mówić nigdy...

PS. Plotki głoszą, że światło w łazience znowu działa.
PS2. Jednak dobrze mieć internet tak na stałe, a nie taki wydzielany, jak mięso na kartki...

niedziela, 6 lipca 2014

Brak światła w łazience - cd vol 2

Myślę, że poniższe zdjęcia nie wymagają komentarza...


Tak N. poradził sobie z brakiem elektryki w łazience... :D
Jezu, jak ja kocham tych ludzi!

niedziela, 22 czerwca 2014

piątek, 20 czerwca 2014

Romantyzm na miarę Clown & Bard.

Nie, nie będę się tu rozpisywać o różnych miłościach, miłostkach i romansach w Clown and Bard. Chociaż jest co opisywać, nie będę bawić się w portal plotkarski :) Romantyzm dotyczy zupełnie czegoś innego. Zupełnie. Otóż: padła nam lampa w łazience. A w łazience nie mieliśmy żadnego innego źródła światła, niż taże lampa. Zatem jest ciemno tam jak w dupie i nikt ani myśli coś z tym zrobić. Radzimy sobie na swój sposób. Nie powiem, wygląda to nadzwyczaj romantycznie. Kąpiel przy świecach, mmm!




N. się wczoraj do nas wprowadził w miejsce Maki. Polował na mój pokój, ale ze względu, że będzie mieszkał z C. jakiś czas, a C. woli pokój Maki. bardziej, to zostają na razie w pokoju Maki. Czyli się na razie nie ruszam z mojego pokoju. Ale! Ja nie o tym. N. zobaczył nasze rozwiązanie w łazience i zaoferował pomoc. Póki co, na ofercie pomocy się skończyło. Cicho sza. Czekam przyczajona na dalszy rozwój wydarzeń, będę informować z frontu na bieżąco.

środa, 18 czerwca 2014

Bye Bye Maki.

Maki dzisiaj wyjechała do Japonii. Zorganizowaliśmy dla niej wczoraj grilla. Zrobiłam kilka zdjęć z przyjęcia.






PS. Zgadnijcie, kto przejmuje jej pokój i się przeprowadza? ZNOWU?

wtorek, 10 czerwca 2014

Lazy afternoon.

Wspaniałe, piękne, spokojne popołudnie w Clown & Bard. Muzyka Louisa Armstronga z recepcji sączy się przez otwarte okno, palę papierosa na parapecie.

 Przybrałam sobie za priorytet upiększyć moje gniazdko.

Jest tak miło, tak spokojnie, tak niebiańsko...

Ostatnio miałam pomysł, żeby się stąd wyprowadzić. Zmieniłam pracę, postanowiłam być odpowiedzialna i wziąć sprawy w swoje ręce, związać się umową za najem... Jednak... W takie popołudnia jak to, takie pomysły od razu wylatują z głowy. Jak mogłabym? Jest tu tak przepięknie. Chce się żyć, a nie chce się odchodzić...

Zmiany w moim gniazdku:





Kupiłam sobie drucik. Drucik z magnesikami. Żeby powiesić kilka zdjęć. By poczuć się jak w domu. Zresztą i bez tego czuję się tu jak w domu. Jednak z drucikiem jest kolorowiej.

Nie... Nie mogłabym stąd tak po prostu odejść.

Dziś Maki. ma urodziny. Świętujemy. Jezus, a ja jutro do pracy...

piątek, 30 maja 2014

Clown and Bard never sleeps.

W Clown and Bard życie toczy się inaczej niż w innych, normalnych domach. Tutaj nie ma ciszy nocnej. Wczoraj pisałam do pierwszej w nocy, a gdy skończyłam, zauważyłam, że Al. kupiła mopa - leżał w kącie w kuchni. Bez wahania złapałam za mopa i poszłam wycierać u siebie podłogę. O pierwszej rano! Do podłogi oczywiście trzeba było zrobić generalny porządek, więc zabrałam się za porządkowanie ciuchów, oddzielanie brudów od czystych rzeczy, wycieranie kurzy z półek i szafek... W tle było słychać kolejny koncert przy recepcji - wczoraj gościli u nas Catherina Feeny and Chris Johnedis.

Często słyszę współlokatorów jak wracają zawiani o piątej nad ranem. Czasem robimy imprezy z samego rana - kiedy nikt nie ma nic zaplanowane na dany dzień. Zazwyczaj spotykamy się w kuchni. Oni wracają z recepcji, ja robię sobie śniadanie. I dochodzimy do wniosku, że fajnie by było coś chlapnąć. Tu i teraz - o - dajmy na to - ósmej nad ranem. Otwieramy wtedy Beherovkę i melinujemy się w jednym z pokoi w naszym mieszkanku.

Kiedyś nie umiałam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok, ale niestety nie potrafiłam spać. Postanowiłam zejść na dół napić się piwa, bo wszem i wobec wiadomo, że piwo pomaga zasnąć. Zeszłam zatem o piątej rano na recepcję. Za barem był wtedy D., a przy barze sączył drinki jakiś rusek. Zamówiłam piwo (jakoś nikt się nie dziwił, że zeszłam na piwo o piątej rano) i miałam small-talk z ruskiem i z D. Wróciłam do łóżka około siódmej, żeby w końcu zasnąć.

Czasami, jak jeszcze pracowałam na nocki i C. też i kończyliśmy obydwoje o 8.00, umawialiśmy się przed wejściem do Clown & Bard o 8.30, on przynosił nam śniadanie z Mc Donalds'a, ja stawiałam nam piwa. Tak spędzaliśmy ranek po stresującej nocy w pracy. Nikt też nigdy się nie dziwił dlaczego pijemy piwo przed dziewiątą rano. Tutaj nikt nie zadaje pytań ;) Żyjemy według reguły: No questions asked, no answers given. I wszystkim jest to na rękę. Nikt się o nic nie czepia, nikt nikomu nic nie wytyka. Wiedzieliśmy dobrze na co się piszemy, mieszkając w hostelu. Nie możemy mieć teraz do wszystkich pretensji o to, że mieszkamy w hostelu...

Życie tutaj toczy się naprawdę dziwnie. Nie mamy czasu i przestrzeni, nie liczymy dni, nie zważamy na godziny. Każdy żyje swoim życiem - i jeżeli ktoś postanowi sprzątać o czwartej nad ranem, jedyne, co pozostaje ci zrobić, to powiedzieć "no trudno".

To ma swój urok - te słodkie niewyspania od hałasu w nocy, te trochę mniej słodkie kace, kiedy wypiło się za dużo przy recepcji. Wiem, że będę wspominać to latami. Dobrze wiedzieć, że wokół są ludzie. Słychać to.

środa, 28 maja 2014

Koncerty.

Żeby iść na koncert musisz wyjść z domu? Musisz jechać kilometry? Musisz płacić za wstęp? - Nic bardziej mylnego! Jeżeli mieszkasz w Clown & Bard, koncerty czasem odbywają się przy recepcji. Wystarczy założyć kapcie, zejść to 1,5 piętra w dół i jesteś na koncercie. Ostatnio mieliśmy bardzo dużo koncertów w Clown & Bard. Oprócz Super Pilotki w tym miesiącu zagrały jeszcze dwa zespoły, których niestety nazwy teraz nie przytoczę. Zrobiłam jednak zdjęcia z wieczoru:



niedziela, 25 maja 2014

Ogródek.

Jest ciepło! Z tej okazji otwarty jest ogródek w Clown&Bard. Ogródek pozostawia wiele do życzenia, ale jakże cudownie jest tam usiąść z książką i szklanką piwa i po prostu cieszyć się dniem...



Kwiatki próbują ratować sytuację :)


Za to jest piękny widok.



Industrial.


poniedziałek, 19 maja 2014

Na ziemi niczyjej.

Ziemia niczyja. Czyli kuchnia. Ziemia niczyja, czyli wspólna. Spotykamy się w niej, gawędzimy, opowiadamy. Oddajemy sobie zagarnięte wcześniej przedmioty. Jest nas chwilowo czworo. Ja, Maki., Al., i Jer. Mieszkamy sobie rozsadzeni po trzech pokojach, nie wchodzimy sobie w drogę. Ale zawsze spotykamy się w kuchni. Przy okazji wspólnych posiłków. Wtedy plotkujemy, opowiadamy sobie o naszych dniach, wymieniamy poglądy. Czasem spotykamy się wszyscy razem i miewamy wspólne obiady.

Al. i Jer. uwielbiają gotować, więc zawsze zostawiają coś dla mnie i Maki. z kartką "możecie się poczęstować" - za każdym razem to robię i za każdym razem zdaję sobie sprawę, że robię błąd: Al. i Jer. uwielbiają ostre żarcie, ja po prostu nie znoszę. Z braku laku i wrodzonego lenistwa do gotowania częstuję się, po czym mam łzy w oczach, katar i duszności z tego ostrego lunchu...

But still - lubię naszą ziemię niczyją. Wspólna przestrzeń, gdzie zawsze możesz spotkać ludzi.

Kolejną ziemią niczyją jest kibel, ale to delikatny temat... :)

sobota, 17 maja 2014

Internet none.

Podstawowym problemem Clown&Bard jest problem z internetem. Zazwyczaj go po prostu nie ma. Zaprzyjaźniłam się już z tym znaczkiem:


Wkurzasz się, rzucasz przedmiotami, umierasz z ciekawości co u znajomych na Facebooku, a on ani drgnie!
To jest podstawowy temat przy barze: brak internetu.
- Hej, masz u siebie internet?
- Nie, a ty?
- Też nie, myślisz, że czemu zeszłam do baru?

Tak się faktycznie dzieje. Gdy nie ma internetu, ludzie masowo schodzą do baru się schlać. Z nudów. Bo nie ma Fejsbuczka...

Pamiętam jak kiedyś nie było internetu przez 5 dni! Nie było go nigdzie. Ani przy barze, ani w kącie, ani z kabla. Nic. System padł. Krach. Koniec świata. Tragedia. Kataklizm. - Nie wychodziliśmy z baru przez 5 dni a barman wciąż nalewał piwa. Dla siebie też.

Ale rozmawialiśmy. Bawiliśmy się, graliśmy w karty, kości i rysowaliśmy głupie rzeczy dla zabicia czasu.
I najlepsze jest to, że TO się potem najlepiej wspomina - godziny (dni) spędzone przy barze z innymi ludźmi, wymianę informacji, plotkowanie, śmianie się. A nie, że Facebook i on miał Spaghetti de la Funghi na obiad. Who cares? Clown&Bard oduczył mnie internetu. Pokazał inny świat. Ludzi. Nauczył rozmawiać.

Już nie ma tragedii. Są ludzie. Prawdziwi. Z krwi i kości. Z różnych stron świata. Taki tam sobie Facebook w realu. Codziennie. Namacalnie. Nie potrzebuję już internetu tak bardzo. Czasem jedynie zachodzę do J. po trochę internetu, żeby powysyłać CV, odpowiedzieć na maile, przeczytać wiadomości. I ukradkiem też zerknę, co na Facebooku...

niedziela, 4 maja 2014

Everything changes.

Że mieszkanie w hostelu ma swoje wady i zalety, to już wiemy. Jednak największą zaletą mieszkania w hostelu jest poznawanie nowych ludzi, którzy mogą ci pomóc. Ja sama też pomagam. Kupiłam ostatnio za duże buty w H&M - oddałam je Al., która praktycznie nie ma tutaj butów. Dzisiaj dostałam kontakt od Memo. do jego przyjaciela, który szuka recepcjonistki do jego hotelu - a tak się składa, że poszukuję pracy... Wszystko jakoś się układa, wszystko gra.

W hostelu wszystko się zmienia, rotacja ludzi, różnorodność przeżyć. M. został zwolniony, zatrudniona Al. na jego miejsce. J. nie przychodzi już do Clown&Bard - to miejsce trochę przycichło bez niego... Mieszkając w hostelu musisz przywyknąć do wielu rzeczy: do tego, że wszystko się zmienia; do tego, że ciepła woda pod prysznicem jest tylko legendą; do imprez w środku nocy; do tego, że Maki. hałasuje kiedy się upije i do tego, że czasem trzeba pozmywać po innych (jak już wspomniałam, mamy do dyspozycji bardzo mało zastawy, więc jeśli potrzebujesz patelni, musisz ją po kimś umyć...).

Wszystko się zmienia, jesteś w wirze zdarzeń, uczysz się każdego dnia jak przeżyć, poznajesz nowe okoliczności, nowych ludzi, nowe tradycje. Codziennie dowiadujesz się czegoś nowego. Musisz nadążać. Ale! Jak już napisałam - są ludzie, których już znasz i którzy są nieodłącznym elementem hostelu. Bądź pewien, że ci pomogą w potrzebie i że ty też możesz komuś pomóc. Rozmową, gestem... Dobrze jest mieć tych ludzi blisko.

Znalazłam tutaj przyjaciół, znalazłam miłość, znalazłam dom - trzeba więcej?

piątek, 25 kwietnia 2014

Noce.

Niestety, mieszkanie w hostelu przypomina mieszkanie w akademiku lub w bloku, gdzie są bardzo hałaśliwi sąsiedzi. Dzisiaj nie spałam całą noc, bowiem na recepcji działo się PIEKŁO. Takiego hałasu jeszcze chyba w życiu nie słyszałam. Krzyki, ryki, głośna muzyka, trzaskające się szkło... Jestem ciekawa co na to wszystko T., mieszkająca w hostelu ze swoimi dziećmi, które dzisiaj zapewne miały szkołę.
Zatem dziś przypominam zombie. Pewnie nie tylko ja.
Uroki życia w hostelu raz jeszcze ;)

Starzy znajomi.

Clown & Bard ma swoich stałych znajomych, którzy wpadają od czasu do czasu na pokład hostelu. Opowiadałam Wam o Leo Whiskey, który podróżuje po hostelach z zespołem - ostatnio odwiedził nas ten sam zespół, jednak bez Leo. Wspaniale jest zejść do baru, widzieć znajome twarze, spytać się o naszego wspólnego znajomego i czemu tym razem się nie pojawił. Leo postanowił zostać w Anglii na jakiś czas.


Oprócz "Super Pilotki", bo tak się zespół nazywa, mamy jeszcze A., byłą rezydentkę z Rosji, która już nie mieszka w hostelu, ale ostatnio postanowiła nas odwiedzić. Wspominałyśmy kręgle i Żubrówkę przy barze.
G. z Kanady też nas odwiedza - mieszkał tutaj jako rezydent, jednak też musiał się wyprowadzić. Tak naprawdę, to wszyscy rezydenci oprócz mnie i Maki. musieli opuścić hostel, co sprawia, że czuję się wybraną - ja mogę zostać. I dobrze. Dobrze mi tutaj.
J. poznałam też w hostelu przy barze. Był ustawicznym gościem, widzieliśmy się przynajmniej raz na tydzień. Pojawiał się przeważnie w weekendy. Odkąd się regularnie spotykamy, już nie przychodzi do Clown & Bardowej recepcji - nie wiem, czy ma to jakiś związek ze mną. Po prostu nie chce schodzić na dół. Nie widziano go już przy barze 2 miesiące.
Kolejną przyjaciółką hostelu jest Kat. z USA. Jest zaprzyjaźniona z hostelem już dość długo, zawsze raczy mnie jakimiś historiami z przeszłości tego miejsca.
Ostatnio na pokładzie przywitaliśmy Al. z Hiszpanii. M. z Brazylii został zwolniony, Al. przyjechała pracować w jego miejsce. T. znała Al. już wcześniej, dlatego zaoferowała jej pracę. Witaj Al.

To niesamowite jak to miejsce przyciąga ludzi, łączy ze sobą, pomaga zawierać przyjaźnie i mieć romanse. Ten hostel ma to do siebie, że wiesz, iż zawsze możesz tu wrócić i zawsze tu będzie twój dom. I zawsze cię przyjmą z otwartymi ramionami. Ja na pewno tutaj wrócę. Kiedyś.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zagospodarowanie przestrzeni własnej.

Najważniejsze jest dla mnie to, żebym czuła się w danym miejscu przytulnie. Jest to trochę trudne, zważywszy na to, że przybyłam tutaj z jedną walizką. Czasem jednak uda mi się coś kupić po taniości, zrobić coś z niczego, lub znaleźć koło śmietnika :D Dopiero się rozkręcam, ale już teraz możecie zobaczyć jak sobie zagospodarowałam przestrzeń nakładem niewielkiej pracy i odrobiny kreatywności.


Ostatnio kupiłam sobie blok rysunkowy i ołówek - postanowiłam upiększyć ściany moją "sztuką" ;)


Zawsze chciałam mieć lustro do ziemi, teraz mam lustro na ziemi haha! Lustro podróżuje ze mną aż z "Pink". Myślę o jakimś małym, niskim stoliku na kosmetyki, ale nie mam pojęcia z czego go zrobić - jeżeli macie jakieś sugestie, to piszcie śmiało :)


Szafa. W szafie ubrania. Ostatnia półka poświęcona jest wszystkim pierdołom w pokoju - włączając Nutellę ;)


W szafie znalazłam też to: naklejkę z Polskiego Busa. Miło. (To nie moje!)


Szaliki i apaszki się przydają. Tutaj szalik robi za obrus.


Lampa przywieziona z domu, świeczki od Kasi (na talerzyku trzymam również klucze), plastikowy kufel przytachany z koncertu Bonobo i Moderat dobrze się spisuje jako pojemnik na kadzidełka i długopisy.


Jak już mówiłam - szaliki rzeczą świętą. Ten szalik ma za zadanie przyciemnić pokój na noc. Maki. lubi zostawiać światło w przedpokoju, a światło wpada mi do pokoju przez szybę, co utrudnia mi spanie. Prowizoryczny pled sprawuje się całkiem nieźle. Aaaa! I ta epa, która jest "koszem" na śmieci ;)


Ostatnio współlokator J. się wyprowadził z powrotem do USA i zostawił wszystkie (!) swoje rzeczy. Na początku nie wierzyliśmy, że faktycznie się wyniósł, bowiem zostawił WSZYSTKO - wody po goleniu, drukarkę ze skanerem (!!!) oraz lampy, ale notka o treści "Wyjeżdżam, nie wracam, możecie sobie zabrać moje rzeczy, S." była dość jednoznaczna ;) Poszliśmy zatem do jego pokoju, jak banda hien cmentarnych i obrobiliśmy gościa z drukarki i tego obrazka powyżej. Zabrałam go sobie wierząc, że ozdobi mój pokój. Obrazek przykleiłam taśmą klejącą. Zdjęcie jest trochę rozmazane, ale generalnie przedstawia kobietę na Moście Karola. I rzeczywiście ozdabia pokój. Och, życie hieny cmentarnej! Życie w hostelu. Lubię to.

Jeżeli macie jeszcze jakieś pomysły jak mogłabym wykorzystać przestrzeń w moim pokoju, ulepszyć go i sprawić, by był bardziej przytulny, proszę Was o wskazówki.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Imprezy.

Żeby być szczerą, napiszę, że imprezy w Clown&Bard pamięta się średnio, a na dodatek one wszystkie zlewają się w całość. Trudno wyodrębnić jakieś szczególne imprezy. Zazwyczaj wygląda to tak, że schodzisz na dół, zamawiasz piwo, siadasz na stołku przy barze i nim się obejrzysz, świat ci wiruje, rozmawiasz ze wszystkimi o wszystkim, jesteś dobry w każdej dziedzinie, znasz się na grze w polo, znasz zasady gry w szachy, wiesz jak wymienić uszczelkę i nagle masz poglądy polityczne... Następnie, kiedy poziom krwi w alkoholu drastycznie maleje, a ty marzysz o tym, by położyć się spać, na przykład - o tutaj - pod barem, czołgasz się resztkami sił na czworakach do swojego pokoju, niekiedy asekurowany przez N. ;)

3 imprezy naprawdę zapadły mi w pamięć. Jedna to była taka spontaniczna impreza. Siedzieliśmy wszyscy przy barze, był może środek stycznia, nudziliśmy się. Na dworze było zimno i mokro. Nagle N. wpadł na pomysł, żeby urządzić sobie przy barze dyskotekę. Wyciągnęliśmy dyskotekową kulę, rozstawiliśmy po bokach stoły, by nie przeszkadzały na środku sali. Pamiętam, że wtedy miałam ochotę na szampana, ale był za drogi, więc zostałam przy piwie...
W pewnym momencie T. weszła do baru i krzyknęła:
- NARESZCIE! Zawsze chciałam mieć swoje disco party w hostelu! Dzięki wam! Z tej okazji, że mam swoje upragnione disco w hostelu, napijemy się wszyscy szampana. - I jak nie kochać tego miejsca? :) Tańczyliśmy do późnej nocy, z głośników lecieli Bee Gees, ABBA, Hot Chocolate, Boney M... To był dobry wieczór. Na dworze szalał śnieg, było okropnie zimno i paskudnie. My mieliśmy swój raj w piwnicy pewnej z kamienic. Nikt nic nie wiedział o najlepszym disco w mieście. Oprócz nas, oczywiście.

Kolejną imprezą - może nie w Clown&Bard, ale z ludźmi z hostelu, było wyjście na kręgle. Rodzinny wypad na drugą stronę ulicy do Bowling Baru. Był początek stycznia, ledwo znałam tych ludzi, a wyjście z nimi sprawiło mi naprawdę dużo radości. Mimo tego, że przegrałam. Tak, byłam ostatnia z wszystkich możliwych graczy. Mam zdjęcia z tego wypadu, ale szanując prywatność innych ludzi, nie chcę pokazywać ich twarzy bez ich zgody. Wrzucę zatem zdjęcia G. od tyłu ;)



Po kręglach, A., ówczesna rezydentka z Rosji obwieściła nam, że ma w pokoju wódkę z Ukrainy i że, jeśli chcemy, może się nią z nami podzielić przy barze. Oczywiście, że chcieliśmy. Piliśmy Żubrówkę przy barze do rana...

Trzecią imprezą, która zapadła mi w pamięć jest granie w Wii w sali głównej przy barze. Mieliśmy rzutnik i pady  (te bez kabli, ruszasz ręką a twoja postać też rusza ręką, wiecie o co chodzi ;)) - impreza ta miała miejsce może z tydzień temu, ale bardzo dobrze się bawiłam, jako że nigdy nie miałam przyjemności grać na Playstation z tymi bezprzewodowymi padami. Wygrałam z Kat. w kręgle (tak, znów kręgle; tym razem wygrałam!). To był dobry wieczór. Wieczór dobrej zabawy, nowych doświadczeń. Graliśmy w kręgle i w tenisa, od czasu do czasu popijając Gambrinusa za 38 CZK. Kiedy była moja kolej gry, wszyscy mi kibicowali... W przerwach od gry, ucinałam sobie z ludźmi pogawędki. Miejsce otwarło się już na sezon, więc przybywało coraz więcej nowych twarzy przy barze, które też chciały sobie zagrać. Dobrze wspominam ten wieczór - może dlatego, że był inny od tych wszystkich, zlewających się w całość pijackich imprez. Moja kochana wielka rodzina. Moja kochana imprezowa rodzina. Mój kochany imprezowy dom.

PS. [update po kilku minutach od napisania notki] Może za bardzo pospieszyłam się z oceną - właśnie pod moimi drzwiami wejściowymi drze się banda facetów. Huk jest przeogromny. Czuję się jak na stadionie. Ech, uroki życia w hostelu... T. musiała interweniować.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Samotny wieczór w Clown&Bard.

Kiedy znudziły ci się już imprezy w pobliżu recepcji, a ludzi masz ochotę lać po twarzy zamiast wypić sobie z nimi karniaczka, należy zrobić sobie samotny wieczór z dala od wszystkich. Dzisiaj właśnie ja mam taki nastrój, zrobiłam sobie romantyczny wieczór sam na sam.


Czemu wrzucam zdjęcie okna mówiąc o samotnym wieczorze? Już tłumaczę. Czasem zostawiam to okno otwarte na noc - za oknem jest wspólny korytarz do drzwi głównych - wejściowych. Niekiedy Maki. przychodzi się przywitać po imprezie. Zachodzi mi do okna, kiedy słyszy, że nie śpię - przeważnie słyszy muzykę. Przychodzi wtedy plotkować. Jako, że chcę mieć dzisiaj samotny wieczór, okno jest zamknięte.


Dyskoteka gra.




Może potem gdzieś wypełznę na miasto. Ale zdecydowanie nie idę na dół dzisiaj. Co za dużo to niezdrowo. Poza tym ostatnio to miejsce jest pełne ludzi, których nie znam, a nie bardzo ostatnio mam ochotę poznawać nowe twarze. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bowiem słuchanie historii ludzi z drugiego końca świata jest takie przejmujące i wiem, że nie zdarzy mi się to w takich ilościach, jak tutaj. Może jutro zejdę na dół, dzisiaj jednak trzymam się z dala od tego grajdołu :D

Gotowanie.

Wróciłam z baru do pokoju z zamiarem zjedzenia zupy w proszku (tak, odżywiam się bardzo zdrowo ;)). Jako, że na nowym "mieszkaniu" z Maki. dzielimy jeden garnek, jedną patelnię, jedną łyżkę, po jednym widelcu i jeden wielgachny nóż do dźgania ludzi, a Maki. zajęła garnek - byłam zmuszona ugotować wodę w patelni. Oto woda gotująca się w patelni:


Poniżej patelnia i garnek, który zajęła Maki. Jakieś makarony sobie ugotowała :) Na tym zdjęciu generalnie znajduje się prawie cała zastawa, w posiadaniu której aktualnie się znajdujemy. Jest szał.


But still - I love being here!

Everyday life.

Nie było mnie w hostelu 2 dni. Szlajałam się z J. Przed wyjściem z hostelu widziałam, że śmieci się wylewają z kubła. Chciałam je wynieść, ale w ferworze przygotowań do wyjścia, zapomniałam ich wziąć. Wracam dzisiaj - śmieci nadal nie wyniesione, ale worek zmieniony na większy :) Kocham tu być! Maki. mistrzem prostych rozwiązań :)



Żeby nie było tak pusto - wrzucam kilka random pics z hostelu:





Siedzę sobie w kąciku komputerowym. Tylko tutaj łapie mi Wi-Fi. Z głośników sączy się black metal. Dziś F. za barem. Klimaciara.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Znikające rzeczy w hostelu.

Zapalniczki giną mi notorycznie. Ja sama też mam kilka nieswoich zapalniczek. Jest trochę trudno zapanować nad rzeczami, kiedy ponosi cię melanż przy hostelowej recepcji. Sama znalazłam kiedyś zapalniczkę z Clown&Bard w mojej kieszeni...


Nie o zapalniczki jednak chodzi. W ostatnich dniach, kiedy jeszcze mieszkałam w "Silver", a goście zaczęli już się zjeżdżać (w tym Polacy), zaczęły mi notorycznie ginąć szampony, żele pod prysznic, szczoteczki i pasty do zębów! Co ci ludzie?! Nie biorą nic ze sobą w podróż, a potem zbierają żniwa po hostelach. Z Maki. zawsze wszystko jest proste: zostawiałyśmy kosmetyki w łazience i to są twoje rzeczy, to są moje rzeczy, nie ruszamy sobie nawzajem rzeczy. A tutaj nagle rozbój w biały dzień! Zostawiłam nadal kosmetyki w łazience ze względu na wygodę. Wierzyłam, że będą nienaruszone. Jednak życie sprawiło, że musiałam kupić 3 nowe szampony, 2 szczoteczki i jedną pastę. Teraz bardzo się cieszę, że znów dzielę piętro tylko z Maki. Rzeczy już mi nie giną...
Nie chcę nikogo oskarżać, być może sprzątaczka wyrzuciła te rzeczy myśląc, że należą do turystów, którzy się wyprowadzili z hostelu. Nie wiem. Jednak niesmak pozostaje - idę sobie z ręcznikiem przez korytarz, nastawiona na czyszczenie, a w łazience widzę jedynie płyn do higieny intymnej - i to jeszcze nie mój! No nic. Musiałam użyć płynu do higieny intymnej. Było za późno na wychodzenie do sklepu - wszystko już było zamknięte. Cóż, cała pachniałam jak czysta wagina :)
Taki jest urok dzielenia przestrzeni prywatnej z innymi ludźmi.